|
- Kacperku! Kacperku! - woła Amelka. Właśnie zbiega ze schodów z takim impetem, jak gdyby ścigała się ze stadem rozbrykanych kucyków. Ma osiem lat. Jest drobną, szczuplutką dziewczynką z burzą miodowych włosów zaplecionych w lśniące, grube warkocze. Kiedy biegnie, warkocze furkoczą za nią jak skrzydła i wiją się niczym dwa miedziane węże. Jej zarumienioną z wysiłku twarzyczkę rozjaśniają ogromne zielone oczy. Są tak zielone, jak trawa w letni poranek albo jak morska woda w pierwszych promieniach słońca. Jest śliczna. Z tupotem małych bucików wpada na ganek, gdzie Kacper, jej starszy brat - dziesięcioletni, duży i silny, już prawie mężczyzna, jak często śmieje się tatuś - siedzi zapatrzony w niebo, ciemniejące z wolna nad niedalekimi górami.
- No, czemu tak wrzeszczysz, mała? - chłopiec z trudem odrywa się od swoich myśli. Bardzo kocha siostrzyczkę, ale Amelka jest głośna i wszędzie jej pełno, wciąż biega, podskakuje, śmieje się, podśpiewuje, o czymś opowiada i ani chwili nie usiedzi w spokoju, Kacper zaś.. Cóż, on woli pomilczeć, w ciszy poobserwować świat. Tyle się przecież dzieje! Choćby i teraz. Nad Giewontem wschodzi księżyc, ogromny, srebrny i otoczony tyloma jasnymi gwiazdami! I wciąż pojawiają się nowe! To znak, że jutro będzie pogodny dzień i na pewno wybiorą się z rodzicami na wspaniałą wędrówkę. A wieczorem będzie można o tym wszystkim napisać w Dzienniku Podróży - pięknym brulionie w skórzanej oprawie, który dziadziuś podarował Kacperkowi tuż przed wyjazdem na wakacje. No tak, ale czy rodzice ustalili już cel jutrzejszej wyprawy? Kiedy przed godziną wymykał się na werandę, nawet go nie zauważyli, tak głośno się sprzeczali. A przed chwilą Amelka zbiegła z poddasza z takim rumorem, że chyba nadal się kłócą. W innym razie już byłaby awantura, że dzieci nie śpią w swoim pokoiku.. Chłopiec wzdycha ciężko i wreszcie spogląda na stojącą przed nim siostrę.
- Tylko mi nie mów, - prosi - że jeszcze się nie dogadali...
- A o czym ja niby opowiadam od pięciu minut?! - Amelka kręci głową z niedowierzaniem, że braciszek wcale jej nie słucha. - Jasne, że wciąż się kłócą i ja już nie mam do nich siły. Następnym razem pojadę z dziadkami albo może zostanę w domu. Co to za wakacje, no sam powiedz...
- Ja też mam tego dosyć - przyznaje chłopiec. - Co za różnica: Czarny Staw Gąsienicowy czy Czarny Staw nad Morskim Okiem? Przecież jutro można zobaczyć jeden, a pojutrze drugi.
- Ale mamusia mówi, - Amelka zrezygnowana siada obok niego - że do Morskiego Oka nie zdołalibyśmy dojść pieszo, bo to aż dziewięć kilometrów i musielibyśmy jechać śmierdzącą dorożką.
- Tak powiedziała? - Kacperek wybuchnął śmiechem. Śmiał się i śmiał i nie mógł przestać. W końcu złapał się za brzuch, pochylił do przodu i sturlał z niskich schodków wprost na mokrą od wieczornej rosy murawę. Leżąc, z trudem przestał chichotać, ale gdy tylko odrobinę się uspokoił, siostrzyczka rozśmiesza go na nowo, opowiadając kolejne fragmenty burzliwej dyskusji rodziców.
- Tatuś tłumaczył, - relacjonuje - że nad Morskie Oko idzie się przynajmniej wygodnie, po asfalcie i dopiero ostatni fragment trasy, do Czarnego Stawu to trochę uciążliwa wspinaczka. Do Gąsienicowego musiałby nieść nas na zmianę na barana, bo tam jest kilka miejsc zbyt trudnych dla naszych krótkich nóżek.
- No wiesz! - woła chłopiec, wyraźnie urażony - Co też ten tata wygaduje! Krótkie nóżki! Też coś!
- Spokojnie, spokojnie - łagodzi Amelka - teraz będzie najlepsze. Mamusia zapewnia, że damy sobie radę, a tata na to:
- Akurat! Jeszcze i ciebie będę musiał znosić do Jaworzynki...
- Ha! Ha! Hihihi! Ha! Ha! - śmieją się dzieci, a pośród chichotu Kacper dodaje, że po tej uwadze tatusia awantura zapewne przybrała na sile.
- Oczywiście! - przyznaje siostrzyczka. - Zaczęli tak na siebie krzyczeć, że nie wytrzymałam i przybiegłam do ciebie. Przez chwilę panuje milczenie. Dzieci leżą na chłodnej trawie i przypatrują się niebu. Myślą pewnie o tym samym: jak pogodzić rodziców i jak im powiedzieć, że te kłótnie są zupełnie niepotrzebne i że wcale do nich nie pasują. Przecież mamusia i tatuś są dla nich tacy dobrzy! Nigdy nie krzyczą, nigdy się o nic nie gniewają. Ale sami.. Czasem tak brzydko się sprzeczają. Każde chce udowodnić, że ma rację, koniecznie postawić na swoim. Wtedy wrzeszczą całymi godzinami, a dzieciom jest bardzo smutno. Nie rozumieją, dlaczego śliczną buzię mamy wykrzywia groźny grymas wściekłości, a łagodne zazwyczaj spojrzenie taty staje się nieprzyjemne i ostre jak błyskawica. Teraz, leżąc przed domem czują, że nadszedł moment, aby zrobić coś takiego, co położy kres tym paskudnym kłótniom. Wreszcie Kacperek odwraca głowę i poważnie przygląda się siostrze.
- Ucieknijmy w góry! - mówi cicho i Amelka od razu wie, że brat nie żartuje.
|