O bardzo łakomym „B” i pewnym zgarbionym „S”
- czyli o nietypowej nauce liter
Czy pamiętacie, drodzy rodzice, jak bardzo „P” może się wydawać podobne do „R”?
Albo jak czasem trudno jest zapamiętać czy „E” ma cztery, czy tylko trzy poziome kreski?
I jak napisać „N”, aby nie wyglądało jak swoje lustrzane odbicie?
To, co dorosłym wydaje się zupełnie oczywiste, dzieciom może sprawiać naprawdę wiele kłopotów.
Pękamy z dumy, gdy nasza pociecha rozpoznaje niemal cały alfabet, mimo iż ma dopiero cztery latka.
Każde rodzinne spotkanie jest dla nas wyśmienitą okazją, aby zaprezentować wszystkim ciociom i babciom
nagryzmolone w pocie czoła pierwsze litery naszego dziecka. Co jednak zrobić, gdy pociecha zamienia
przedszkolny leżaczek na szkolną ławkę, podczas gdy niemal wszystkie literki są dla niej tym, czym dla nas
egipskie hieroglify?
Sposobów nauki liter jest zapewne więcej niż włosów w brodzie Świętego Mikołaja. Ja chciałabym zaproponować
jeden z nich, na który wpadałam pewnego pochmurnego dnia, gdy moja starsza córka postanowiła nauczyć się
literek. Mimo, iż nie chodzi jeszcze do szkoły, wykazywała tak ogromny zapał do nauki, że nie pozostało mi
nic innego, jak podjąć wyzwanie. I tu, kochani rodzice, z pomocą przyszedł mi najzwyklejszy w świecie znikopis.
(Przedmiot mocno już sfatygowany, ale nadal dzielnie spełniający swą podstawową funkcję). To na nim
wyczarowałyśmy „literkowe bajki”, czyli krótkie historyjki pozwalające utrwalić w pamięci urodę ojczystego
alfabetu. Znikopis okazał się znakomitym narzędziem, które pozwoliło dorabiać do „P” dodatkowy brzuszek i
prostować zgarbione „S”. A wszystko to bez niepotrzebnych skreśleń, czy udziału poczciwej gumki-myszki.
Cała sztuka polegała na tym, aby opowiadając bajkę, zapisywać litery dokładnie w tym samym momencie,
gdy pojawiały się w naszej opowieści. Jeśli wyrastały im dodatkowe kreski, jeśli się zaokrąglały lub gubiły
swoją część, to samo działo się z nimi na znikopisie. Wymyślanie kolejnych historyjek sprawiło nam obu
prawdziwą przyjemność, a w przypadku „trudniejszych” liter, również ogromną satysfakcję.
W tej „bajkowej” metodzie nauki liter nie chodziło wcale o to, aby kreślić skomplikowaną, wielowątkową fabułę.
Wręcz przeciwnie, najlepiej sprawdziły się historyjki proste, dotyczące co najwyżej trzech liter i łatwe do
zapamiętania. Przykład? Bardzo proszę:
Było sobie pewne bardzo łakome „B”. Od rana do wieczora objadało się słodyczami i za nic miało ostrzeżenia
poczciwego Taty Alfabetu. Oba brzuszki puchły mu coraz bardziej i „B” poruszało się z coraz większym trudem.
W końcu nie mogło zrobić już ani kroku. Płakało z żalu i złości przez kilka dni i nocy, lecz w końcu
postanowiło się zmienić. W kąt poszły wszystkie słodycze i „B” zaczęło chudnąć. Nie minął tydzień, a jeden
z jego brzuszków, zupełnie zniknął!
- Nie możesz nazywać się „B” – powiedział pewnego dnia Tata Alfabet. – Od dziś jesteś „P”, bo przecież „P” ma
tylko jeden brzuszek.
„P” ogromnie się ucieszyło. Zaczęło skakać z radości na swojej jednej nóżce. Tylko biegać nie potrafiło,
bo przecież trudno na jednej nodze utrzymać równowagę. Prosiło Alfabet, aby nauczył je biegać.
A że Alfabet miał miękkie serce, to przyprawił „P” drugą nóżkę. Zamieniło się w „R” i szczęśliwe
pogalopowało w świat.
Proste, prawda? A więc, kochani, do dzieła!
Anna Paszkiewicz
Zabrania się kopiowania treści artykułu.
Publikowanie fragmentów tekstu możliwe jest wyłącznie za zgodą redakcji i obowiązkowo z podaniem źródła.
Komentarze
Ten tekst nie ma jeszcze komentarzy.
Aby dodać komentarz musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, utwórz je
tutaj